GDY KOŃCZY SIĘ CZŁOWIEK ZACZYNA DZIAŁAĆ BÓG – ŚWIADECTWO ZBYSZKA Z CZECHOWIC

Moje picie zaczęło się, kiedy skończyłem 18 lat. Alkohol stał się dla mnie bramą do świata beztroski. Imprezy, śmiech, luz – wydawało mi się, że żyję pełnią życia. Nie widziałem nic złego w tym, co robię. Nie wiedziałem, że to „szczęście" będzie początkiem mojej drogi ku upadkowi.

Potem przyszło wojsko, gdzie alkohol był codziennością. Rok za rokiem piłem coraz więcej, coraz mocniej, coraz bezmyślniej. Kiedy wyszedłem z wojska, bar stał się moim drugim domem. A jednak wtedy spotkałem kobietę, którą pokochałem. Pobraliśmy się i urodziła nam się córka. Przez chwilę wydawało mi się, że złapałem równowagę. Mniej piłem, chciałem być ojcem i mężem. Ale po czasie, stare życie wciągnęło mnie z powrotem. Coraz częściej wybierałem kolegów i alkohol, coraz rzadziej rodzinę. W końcu odszedłem. Straciłem wszystko to, co naprawdę miało wartość.

Z czasem alkohol zaczął kontrolować mnie całkowicie. Nie mogłem spać bez wódki. Piłem o każdej porze dnia i nocy. Mój organizm gasł, a ja gasłem razem z nim. Stałem się cieniem człowieka, wrakiem. Przyszedł moment, w którym naprawdę nie wiedziałem już, po co żyję.

Wziąłem pożyczkę, kupiłem kilka butelek i zamknąłem się w pokoju. Piłem, żeby nie czuć. Myśli samobójcze były coraz bliżej. Próbowałem wyrzucić alkohol, ale głód był tak silny, że myślałem, że umieram. Błagałem brata o pomoc i tak trafiłem na detoks. Leżałem tam jak zniszczony, pusty człowiek. Usłyszałem ciężkie słowa o zniszczonym układzie nerwowym i początku marskości wątroby.

Nadzieja

Na tym detoksie wydarzyło się jednak coś, co dało mi pierwszą iskierkę życia. Przyszła grupa chrześcijan. Opowiadali o tym, jak Jezus ich uwolnił, jak podniósł ich z dna. Słuchałem, nie rozumiejąc wiele, ale w moim sercu po raz pierwszy od dawna pojawiło się coś, czego już nie pamiętałem: nadzieja. Nie wolność. Nie uzdrowienie. Jeszcze nie przemiana. Tylko – nadzieja, że może dla mnie też istnieje ratunek.

Dostałem mały Nowy Testament. Trzymałem go, ale nie miałem jeszcze odwagi się modlić. Wiedziałem tylko, że Bóg JEST, i że może coś zrobić. Więcej nie potrafiłem wtedy przyjąć.

Po kilku dniach wyszedłem z detoksu. Wróciłem do pustego domu. Tam właśnie, w ciszy, przyszedł moment, który zmienił wszystko.

Pamiętam, jak padłem na kolana...

Byłem tak wyczerpany, tak zniszczony, tak bezbronny, że nie miałem już siły niczego udawać. Łzy same płynęły po twarzy.

I tam, na zimnej podłodze, pierwszy raz naprawdę zawołałem do Boga:

„Jezu… jeśli Ty naprawdę uwalniasz ludzi… jeśli jesteś tym, o którym mówili… proszę, uwolnij i mnie. Bo ja sam nie potrafię już żyć."

I wtedy przyszło to, czego nie da się opisać ludzkimi słowami.

W jednej chwili poczułem, jakby ktoś zdjął ze mnie całe brudne, ciężkie życie. Jakby Bóg dotknął mojego wnętrza i wyrwał z niego wszystkie kajdany.

Pragnienie alkoholu zniknęło. Smak alkoholu zniknął. Ciężar winy – spadł. Serce, które było martwe – ożyło.

To nie była emocja. To była przemiana. To nie była siła człowieka. To była łaska Boga.

Od tamtego dnia nie tknąłem alkoholu. Nie miałem nawet ochoty. Od 2005 roku żyję w wolności, której sam nigdy nie byłbym w stanie sobie dać. Bóg dał mi nowe pragnienia, nowych przyjaciół, odbudowane relacje. Dał mi życie, które ma sens.

Dziś cieszę się moimi dziećmi, wspólnotą, pracą. Kocham Jezusa, bo On wszedł tam, gdzie kończyła się moja siła – i zaczęła się Jego moc.

I wiem jedno:

Jeśli Bóg podniósł mnie, człowieka tak zniszczonego, to może podnieść każdego.

Dla Niego nie ma przypadków beznadziejnych. Nie ma serc zbyt twardych. Nie ma nałogów zbyt silnych.

Przyjdź do Niego takim, jakim jesteś. Oddaj Mu swój ból, swoją bezsilność, swój wstyd. A On zajmie się resztą.