GDY BÓG WYCIĄGA ZE ŚMIERCI – ŚWIADECTWO PIOTRA Z WISŁY
Nazywam się Piotr. Mam pięćdziesiąt pięć lat. Gdy patrzę na swoje życie, widzę dwie zupełnie różne historie: tę pierwszą – mroczną, pełną krzywdy, przemocy i alkoholu, oraz drugą – jasną, spokojną i bezpieczną, napisaną już nie moją ręką, ale ręką Boga.
To, co powiem, nie jest piękną bajką, nie jest też opowieścią o człowieku, który „wziął się w garść". To historia kogoś, kto nie miał żadnych szans, komu nikt nie wróżył przyszłości, kto utracił człowieczeństwo – i właśnie wtedy został odnaleziony przez Tego, którego całe życie ignorował.
Dom bez miłości
Dorastałem w domu, w którym nie mówiło się: „kocham cię", w którym nikt nie obejmował ani nie pytał, czy czegoś potrzebuję. Ojciec pił. A gdy nie pił, znikał w pracy. Mama była zmęczona życiem, przytłoczona codziennością. Ja natomiast od najmłodszych lat próbowałem udawać twardziela, choć wewnątrz byłem dzieckiem głodnym miłości.
Gdy ktoś mówił, że idę w złym kierunku, śmiałem się. Kiedy wierzący człowiek przyszedł pewnego dnia do naszego domu i powiedział: „Poproś Boga, by zmienił ci życie", wzruszyłem ramionami. Myślałem, że chrzciny i chodzenie do kościoła załatwiają sprawę.
Nic nie rozumiałem. A ciemność rosła we mnie tak, jak rośnie pleśń w miejscach, gdzie nie ma światła.
Upadanie coraz głębiej
Alkohol stał się moim codziennym towarzyszem. Kobiety – moją ucieczką. Pierwszy związek rozsypał się przeze mnie. Rozpiłem konkubinę, a naszą małą córkę zabrano do domu dziecka. Krzyczałem wtedy, że to inni są winni. Bo przecież ja byłem „twardy".
W drugim związku żyłem jak król – pieniądze, firma, kuligi, schronisko. Pełne kieszenie i puste serce. Kiedy wracałem pijany, a drzwi były zamknięte, wycinałem je piłą motorową. Potrafiłem uderzyć człowieka siekierą tak, że dziś ma plastikową część czaszki. I znowu mówiłem: „oni mnie sprowokowali".
Prawda była inna: stałem się człowiekiem złym. Złym, bo puste serce zawsze rodzi zło. Odszedłem od rodziny, od syna. Wybrałem melinę. Trzy lata picia dzień w dzień. Żyłem jak zwierzę, które myśli tylko o jednej rzeczy – zdobyć alkohol.
Piekło, które sam otworzyłem
Pamiętam dzień, w którym dostałem psychozy alkoholowej. Widziałem lalki, które siedziały na meblach, paliły papierosy i śmiały się ze mnie. Słyszałem głosy. Czułem obecności. Bałem się własnego cienia.
Mama wezwała karetkę. Przyjechała policja. Związali mnie pasami. W szpitalu psychiatrycznym dowiedziałem się, że mam 11,75 promila alkoholu we krwi.
Lekarz powiedział: „Masz przed sobą dwa, może trzy dni życia".
Wtedy pękłem. Leżałem człowiekiem bez rodziny, bez honoru, bez pieniędzy, bez godności. Bez przyszłości. Nikogo przy mnie nie było – oprócz kuzyna, który przyniósł mi Pismo Święte.
I to właśnie w tym momencie, gdy nie zostało mi już kompletnie nic, zaczęła się moja droga do Boga.
Pierwsza iskra
Kuzyn, który sam wyszedł z nałogu, powiedział: – Piotr, Jezus może cię uwolnić.
Patrzyłem na niego jak na wariata. A jednak coś w środku drgnęło.
Po wyjściu ze szpitala trafiłem na chrześcijańskie spotkanie dla osób uzależnionych. Słuchałem ludzi, którzy mówili o przebaczeniu i wolności, ale uważałem, że to teatr.
Kiedy poproszono o modlitwę, miałem ochotę uciec. Wyszedłem jedynie dlatego, że znajomy mnie do tego namówił.
I wtedy padły słowa: – O co chcesz poprosić Boga?
Co mogłem powiedzieć? Byłem wrakiem. Nie znałem modlitw, zapomniałem nawet „Ojcze nasz". Więc wyszło ze mnie jedno jedyne zdanie:
„Boże… jeśli to wszystko, co mówią, jest prawdą… to proszę – zmień moje życie".
Dotyk, który odmienia serce
Po tej modlitwie wróciłem do domu. I coś było inaczej. Nie umiem tego opisać inaczej niż w ten sposób: jakby ktoś zdjął ze mnie tonowy głaz. Jakby powietrze stało się lżejsze. Nawet kot mojej mamy – którego wcześniej kopałem, bo wszystko mnie drażniło – przyszedł się przytulić. Zamiast go odepchnąć, podgrzałem mu mleko i nalałem do miseczki. Patrzyłem na swoje ręce i nie wierzyłem, że to ja.
Dopiero później zrozumiałem: Tego dnia Bóg dotknął mojego serca. Tego dnia zaczął się mój cud.
Miłość, której nie rozumiem do dziś
Pozwól, że powiem to własnymi słowami – słowami człowieka, który był w piekle: Nie rozumiem, dlaczego Bóg mnie pokochał.
Nie rozumiem, jak można ukochać człowieka, który sam siebie nienawidził. Który niszczył innych. Który kradł, pił, bił, przeklinał, niszczył życie swoje i swoich bliskich. Ale zrozumiałem jedno: Boża miłość nie przychodzi do ludzi idealnych. Boża miłość biegnie do tych, którzy leżą w błocie. Ja w tym błocie leżałem.
A On przyszedł. Nie z wyrzutem. Nie z potępieniem. Przyszedł z miłością, której nie umiem pojąć. Boża miłość nie jest uczuciem. To siła, która wyciąga człowieka z grobu, nawet jeśli ten grób sam sobie wykopał.
Nowe życie
Nie piję od piętnastu lat. Nie dlatego, że się zmuszam. Ale dlatego, że Jezus wyrwał ze mnie pragnienie alkoholu razem z korzeniem.
Bóg uporządkował moje życie krok po kroku:
- Dał mi pracę, w miejscu, gdzie kiedyś piłem.
- Dał mi godność, której nie miałem nigdy wcześniej.
- Dał mi wierzących przyjaciół.
- Wyprowadził z długów i spraw sądowych.
- Oddał mi córkę – która po szesnastu latach zadzwoniła i powiedziała: „Tato, chcę cię zobaczyć".
A potem Bóg dał mi żonę – wierzącą, kochającą. I w prezencie bliźniaki: Jasia i Anię. Dziś mam dom, pracę, rodzinę, miłość i pokój. A przede wszystkim mam Boga, który nie opuścił mnie, nawet kiedy ja Go przez lata odrzucałem.
Dla ciebie – który czytasz to świadectwo
Jeśli myślisz, że jesteś do niczego – byłem gorszy. Jeśli myślisz, że Bóg nie może ci przebaczyć – ja jestem dowodem, że może. Jeśli myślisz, że twoja sytuacja jest beznadziejna – uwierz mi, byłem w miejscu, które pachniało śmiercią.
A jednak Bóg mnie znalazł.
Nie jesteś zbyt zabrudzony dla Boga. Nie jesteś zbyt upadły. Nie jesteś zbyt „zepsuty". Nie jesteś stracony.
Jeśli Bóg miał miłość dla tak złego człowieka jak ja, to i dla ciebie ma miłość większą niż potrafisz sobie wyobrazić.
Wystarczy jedno zdanie: „Boże… jeśli jesteś – zmień moje życie".
On zrobi resztę. I tego życzę ci z całego serca.