JEZUS KOCHA MNIE TAKIEGO, JAKIM JESTEM – ŚWIADECTWO PIOTRA Z GOCZAŁKOWIC
Mam na imię Piotr. Mam 37 lat i pochodzę z Goczałkowic-Zdroju. Moje życie od początku było naznaczone bólem. Dorastałem w domu, w którym alkohol i przemoc były codziennością. Jako mały chłopiec patrzyłem na to wszystko i przysięgałem sobie: „Ja nigdy taki nie będę." Nie wiedziałem wtedy, że to właśnie ja zostanę najbardziej zniewolony.
Byłem nieśmiały, miałem wadę wymowy i już jako dziecko czułem się gorszy od innych. Pragnąłem choć odrobiny akceptacji. Kiedy w wieku 14 lat po raz pierwszy napiłem się alkoholu – poczułem, że wreszcie jestem kimś. Alkohol dał mi odwagę, której nie miałem, ale z biegiem czasu zaczął rujnować moje życie.
Co dwa lata traciłem pracę. Emocje, których nie potrafiłem wyrażać, zakopywałem w sobie. Gdy piłem, zmieniałem się w kogoś, kogo się bałem. Wpadałem w szał i niszczyłem wszystko dookoła: dom, podwórko, relacje z ludźmi, którzy mnie kochali. Krzywdziłem bliskich, a potem trafiałem na izbę wytrzeźwień. Nie chciałem tego. A jednak nie potrafiłem przestać.
Przyszedł dzień, kiedy spojrzałem na siebie i poczułem absolutną pustkę. Nie widziałem sensu, nie widziałem wyjścia. Połknąłem garść tabletek i popiłem je wódką, przekonany, że za chwilę zasnę i wszystko się skończy, ale wtedy przypomniałem sobie o mamie. O tym, że ona by tego nie przeżyła. Zadzwoniłem po pogotowie. Odratowali mnie.
A ja… dalej piłem
Zarabiałem, ale pieniądze znikały na alkohol. Brałem kolejne pożyczki. Wstyd mieszał się z lękiem. Uciekałem coraz głębiej, aż wyjechałem za pracą do Niemiec. Myślałem, że tam zacznę od nowa. A jednak, gdy przyjeżdżałem na weekendy – wracałem do tego samego: dyskoteki, kluby nocne, alkohol.
Po trzech latach pracy wyrzucono mnie za picie. Wróciłem do Polski. A trzy miesiące później… zmarła moja mama.
To był cios, który mnie złamał. Zawalił się cały mój świat.
Obraziłem się na Boga. Miałem do Niego żal, że zabrał mi jedyną osobę, która zawsze mówiła, że mnie kocha. Zostałem z tatą alkoholikiem. W domu były tylko awantury i alkohol na wyciągnięcie ręki. Tydzień potrafiłem nie wychodzić z garażu, piłem w samotności, coraz bardziej przekonany, że moje życie już się skończyło.
Straciłem kolejną pracę. Wziąłem tyle pożyczek, ile się dało. Chciałem po prostu się zapić. Poddałem się. Już nie miałem siły walczyć.
I właśnie wtedy… Bóg podał mi pierwszy raz rękę
Do naszych drzwi zapukała pani z opieki społecznej. Widziałem jej wzrok, kiedy otworzyłem – pijany, brudny, zrezygnowany. A jednak to przy niej po raz pierwszy od bardzo dawna, rozpłakałem się. Powiedziałem tylko: „Proszę mi pomóc, bo ja się zapiję."
W trybie pilnym załatwiła mi detoks, a później terapię w Andrychowie. I właśnie tam pojawiła się Misja Odnowa. Gdy słuchałem ich pieśni i świadectw, nie chciałem pokazać, że to porusza moje twarde serce… ale łzy płynęły same. Ktoś powiedział, że Jezus kocha mnie takiego, jaki jestem, i chce mnie uwolnić.
To zdanie rozerwało mur, który budowałem przez lata.
Po odwyku wróciłem do domu. Było czysto. Poszedłem do szopki wyrzucić butelki, które zostały z tego złego czasu a wtedy poczułem zapach alkoholu. Na szafce stała otwarta puszka piwa. Nie wiedziałem skąd się tam wzięła. Dzisiaj wiem, że ciemność próbowała zawrócić mnie z drogi do wolności. Chwyciłem ją i już miałem wypić… I wtedy stało się coś, czego do dziś nie umiem inaczej nazwać niż Bożą interwencją.
Puszka zaczęła robić się gorąca. Parzyła mnie w rękę. Odskoczyłem i wyrzuciłem ją mówiąc: „Ja już nigdy więcej nie chcę pić!"
W czwartek pojechałem pierwszy raz na społeczność do Ustronia. Czułem że muszę coś zrobić, inaczej przegram tą walkę. Tam spotkałem ludzi, którzy obdarzyli mnie taką miłością, jakiej nie doznałem przez całe swoje życie. Poczułem, że to jest moje miejsce. Ale w domu wciąż była walka. Alkohol tuż obok mnie, tata pijący codziennie.
Wiedziałem, że sam nie dam rady. Tej nocy uklęknąłem przy łóżku i krzyczałem w sercu: „Panie Jezu, ratuj mnie! Ja już sam nie dam rady. Bez Ciebie sobie nie poradzę!" Płakałem jak dziecko. Wylewałem przed Nim swój grzech, swój wstyd, swoje lata zmarnowanego życia.
A rano… poczułem jakby ktoś zdjął ze mnie ogromny, przygniatający głaz. Pojechałem na Dni Nowej Szansy. Tam oddałem swoje życie Jezusowi Chrystusowi. A On mnie uratował! „Jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem; stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe." (2 Koryntian 5:17)
Zmarnowałem 17 lat. Przepiłem marzenia, zdrowie, relacje, godność. Ale Jezus przyszedł tam, gdzie ja już nie widziałem życia. Przebaczył mi grzechy, uzdrowił mnie z alkoholizmu, zabrał mój wstyd. Dał mi też cudowną, kochającą żonę, która jest dla mnie darem od Boga. Dziś razem idziemy za Jezusem Chrystusem i wspieramy się nawzajem. „Czy jest dla Boga coś niemożliwego" (Jeremiasz 32:27).