DLA BOGA NIGDY NIE JEST ZA PÓŹNO – ŚWIADECTWO JANKA Z PSZCZYNY
Nazywam się Janek. Piszę to świadectwo nie po to, by mówić o sobie, ale po to, by powiedzieć o Jezusie Chrystusie, który ratuje tam, gdzie człowiek nie ma już żadnej nadziei. Jeśli dziś czytasz te słowa i czujesz, że twoje życie się rozsypuje, że nie panujesz nad sobą, że alkohol, grzech, lęk albo rozpacz przejęły kontrolę – chcę ci powiedzieć jedno: dla Boga nie jest za późno.
Przez wiele lat żyłem tak, jakby Boga nie było. Wierzyłem tylko w siebie – w swoją siłę, ambicję i ciężką pracę. Myślałem, że sam zbuduję swoje szczęście. Ale prawda była inna: w środku byłem poranionym człowiekiem, pełnym rozczarowań i gniewu.
Alkohol wszedł w moje życie cicho i niewinnie. Piwo – niby nic groźnego. A jednak to właśnie ono stopniowo przejęło nade mną władzę. Przestałem panować nad sobą. Nie słuchałem żony ani bliskich. Stawałem się agresywny i ślepy na krzywdę, którą wyrządzałem. Tłumaczyłem się, że ciężko pracuję i „coś mi się od życia należy". W rzeczywistości byłem zniewolony.
W 1999 roku mój starszy brat Staszek – także alkoholik – będąc na odwyku w Gorzycach, oddał swoje życie Jezusowi Chrystusowi. Powiedział mi wtedy, że Jezus mnie kocha i może mnie uwolnić. Odrzuciłem to. Moja pycha była większa niż mój ból.
Bóg jednak się nie poddał
Po rozbiciu nowego samochodu – złamany i przestraszony – zgodziłem się pójść na chrześcijańską grupę wsparcia.
Zobaczyłem tam coś, czego nie rozumiałem: radość, pokój i wolność ludzi, którzy byli kiedyś tacy jak ja. Mówili otwarcie o swoim alkoholizmie i o tym, że Jezus ich uwolnił. Po raz pierwszy w życiu zawołałem do Boga: „Jeśli naprawdę jesteś – pomóż mi."
Coś zaczęło się zmieniać. Relacja z moim bratem została uzdrowiona. Zrodziło się we mnie pragnienie zmiany swojego życia. Przez dwa lata żyłem w trzeźwości. Ale polegałem jeszcze zbyt mocno na sobie.
I przyszedł upadek
Jedno piwo. Jedna decyzja. Jedna myśl: „Co mi zaszkodzi przecież już nie piję dwa lata?". To wystarczyło, bym wpadł w najgorszy ciąg alkoholowy w moim życiu.
Straciłem godność, rozum i wszystko, co było dla mnie ważne. Zraniłem żonę, syna i mamę.
Trafiłem na odwyk do Gorzyc – fizycznie i duchowo zniszczony, bez chęci do życia, przekonany, że jestem nikim.
I właśnie tam, na samym dnie, spotkał mnie Jezus.
Na terapii byliśmy w grupie prowadzonej przez wierzącego terapeutę. Pewnego dnia narysował na tablicy wzgórze z trzema krzyżami i powiedział: „Tam jest miejsce prawdziwego ratunku. Tam jest jedyna droga wyjścia."
On mnie usłyszał
Nie wytrzymałem. Rozpłakałem się. Uświadomiłem sobie, że zapomniałem o krzyżu. Zapomniałem, że Jezus oddał za mnie życie. Że Jego krew została przelana także za mnie – alkoholika, grzesznika, człowieka złamanego.
To tam, w Gorzycach, wróciłem do Boga.
Z całego serca zawołałem: „Panie Jezu, przebacz mi. Bez Ciebie nie dam rady. Ratuj mnie." I On mnie usłyszał. Od tamtej chwili minęło 18 lat trzeźwości. Od dnia tej prostej modlitwy nigdy więcej nie zapragnąłem alkoholu.
To nie jest moja siła. To moc Jezusa Chrystusa, który łamie kajdany i daje prawdziwą wolność.
Biblia mówi: „Jeśli więc Syn was wyswobodzi, prawdziwie wolnymi będziecie." (Ewangelia Jana 8,36)
Bóg uzdrowił moją rodzinę. Odbudował małżeństwo, relacje i serca. Moja ukochana żona również oddała swoje życie Jezusowi Chrystusowi. Dziś razem idziemy za Nim – nie dlatego, że jesteśmy doskonali, ale dlatego, że On jest wierny.
Jeśli dziś jesteś na dnie – pamiętaj: dno może stać się miejscem spotkania z Bogiem. Krzyż Jezusa nadal stoi. Łaska nadal działa. Drzwi do wolności są nadal otwarte.
„Tęsknie oczekiwałem Pana, skłonił się ku mnie i wysłuchał wołania mojego. Wyciągnął mnie z dołu zagłady, z błota grząskiego, postawił na skale nogi moje i umocnił kroki moje." (Psalm 40,2–3)