ON MNIE WSKRZESIŁ – ŚWIADECTWO NADZIEI – TOMEK ZE SZWECJI

Kiedy byłem młodym chłopakiem, przysięgałem sobie, że nigdy nie zostanę alkoholikiem jak mój tata. To była moja najważniejsza obietnica – taka, która miała mnie chronić przed wszystkim, czego się bałem. A jednak w dorosłym życiu ta obietnica zaczęła pękać, a ja nawet nie zauważyłem, kiedy całkiem się rozsypała.

W 2003 roku poznałem moją przyszłą żonę. Sześć lat później stanęliśmy razem na ślubnym kobiercu. Miałem dobrą, stabilną pracę, dostaliśmy też kredyt na nasz wymarzony dom. W 2010 roku urodził się nasz syn Dawid, a niedługo później – Kacper. Nasz świat wydawał się idealny. Dwoje cudownych dzieci, własny dom, spokój, poczucie bezpieczeństwa. Czego można chcieć więcej?

Finanse zawsze były dla mnie symbolem sukcesu. Chciałem zapewnić mojej rodzinie życie lepsze, wygodniejsze, bezpieczniejsze. Pracowałem w firmie kamieniarskiej, a po kilku latach otworzyłem własną działalność. Łączyłem pracę na etacie z dodatkowymi zleceniami, często po godzinach, nierzadko do późnej nocy. Na początku alkohol pojawiał się sporadycznie – ot, zwykły sposób na rozluźnienie. Jednak kiedy obowiązków zaczęło przybywać, zacząłem sięgać po „wspomagacze", które miały dawać mi siłę. Tak w moim życiu pojawiły się narkotyki.

Im więcej pracowałem, im bardziej pchałem się do przodu, tym moje uzależnienie rosło w cieniu, jak coś, czego nie chciałem zauważyć. Wydawało mi się, że kontroluję sytuację… a tak naprawdę to uzależnienie zaczynało kontrolować mnie. Wmawiałem sobie, że przecież muszę być najlepszy. Że robię to wszystko dla rodziny.

Moje serce stało się kamieniem

Z czasem praca przestała mnie interesować. Zaczęły liczyć się tylko używki. Oszukiwałem ludzi, brałem zaliczki i nie wykonywałem pracy, pożyczałem pieniądze wszędzie, gdzie się dało. A gdy już nie było skąd brać – zastawiłem samochód. Rodzina była obok mnie, ale jakby za szybą. Nie potrafiłem już kochać, troszczyć się, współczuć. Moje serce stało się kamieniem, a ja – cieniem człowieka, którym byłem kiedyś.

Pamiętam dzień, kiedy rodzina posadziła mnie przy stole i patrzyli na mnie ze złamanymi sercami. Nie krzyczeli. Nie wytykali. Tylko pytali: „Dlaczego?". A ja nie umiałem odpowiedzieć. Jedynie przyznać się, że wszystko wymknęło się spod kontroli.

Zgodzili się pomóc, ale postawili warunek – odwyk. Poszedłem tam jak człowiek, który już przestał wierzyć w siebie.

Po wyjściu czekała mnie brutalna prawda: długi, brak zaufania, brak perspektyw. Wtedy pojawił się Rafał – znajomy z dawnych czasów. Elegancki, pewny siebie, odnoszący sukcesy w Szwecji. Zaoferował pracę. Myślałem, że otrzymałem drugą szansę. Nie wiedziałem, że to dopiero początek mojej drogi przez pustynię.

W Szwecji wpadłem jeszcze głębiej, Rafał był uzależniony jak i ja. Po trzech miesiącach byłem dokładnie tam, gdzie wcześniej. Piłem już codziennie. Rodzina w Polsce nie wiedziała nic. Dopiero groźba żony, że muszę wybrać między nią a samotnym życiem, skłoniła mnie do desperackiej decyzji: „Przyjeżdżajcie". W piętnaście minut, z pijanym umysłem, ułożyłem plan na życie w Szwecji.

Po przeprowadzce wszystko sypało się jak domek z kart. Wchodziliśmy w coraz większą biedę i chaos. Pokłóciliśmy się z Rafałem, staliśmy się wrogami, więc musieliśmy opuścić jego dom. Mieszkaliśmy po znajomych, na podłodze, w jednym pokoju. A kiedy w końcu dostaliśmy mieszkanie – uznałem, że to powód do picia. Moja żona chodziła do pracy, a ja… spałem pijany na kanapie, podczas gdy nasze kilkuletnie dzieci same próbowały zająć się sobą. Czasem wysyłałem je po jedzenie, wypijałem alkohol, po czym zamykałem drzwi i zasypiałem tak mocno, że nie mogły wejść. Dzieci… małe dzieci stojące pod drzwiami, a ich ojciec upity nie słyszał świata.

Kiedy żona poroniła – nic nie poczułem. NIC. W tamtej chwili, zrozumiałem już po latach, że nie żyłem. Istniałem. Oddychałem. Ale nie żyłem.

Odnowa

A potem – jak błysk światła w mroku – odezwał się Rafał. Inny. Trzeźwy. Pełen pokoju. Pełen radości, której wcześniej w nim nie widziałem. Mówił o Bogu. O tym, że Jezus żyje. O Nowonarodzeniu. O uwolnieniu. Myślałem, że zwariował. A jednak… coś w nim było. Jakaś światłość, której nie potrafiłem zignorować. Zostawił mi Biblię i wskazał Misję Odnowa – miejsce, o którym mówił z taką pasją, jakby opowiadał o domu, do którego wreszcie wrócił po latach tułaczki.

Zaczęliśmy z żoną oglądać transmisje na żywo. Najpierw z ciekawości. Potem – z tęsknoty za czymś, czego nie potrafiliśmy nazwać. Świadectwa i kazania Misji Odnowa były jak koło ratunkowe rzucane komuś, kto tonie od lat. Ich słowa wchodziły we mnie głębiej, niż pozwalał mój opór. Jednak nie był to jeszcze mój czas. Wiara dopiero się rozwijała…

Aż przyszedł TEN DZIEŃ. Dzień, do którego wracam w myślach jak do miejsca, gdzie rozpoczęło się moje nowe życie. Siedziałem w ogródku. W dłoni trzymałem butelkę, ale nie miałem już siły jej podnieść. Nie miałem siły na nic. Świat był szary, ciężki, obcy. Czułem, że jestem na dnie. Nie psychicznym. Nie moralnym. Na dnie własnej duszy. I wtedy – z miejsca najbardziej bolesnej bezradności – wyszeptałem: „Jezu Chryste… jeśli istniejesz, jeśli naprawdę możesz coś zrobić… to zrób to ze mną. Ja już nie dam rady. Ja już nie mogę żyć w ten sposób." 18 grudnia 2021 roku. Data, którą noszę dziś jak święto mojej wolności.

Od tamtego dnia nie wypiłem nawet kropli alkoholu. Nie dlatego, że byłem silny. Bo nie byłem – byłem jak popiół. To Bóg był silny. On, który mnie odnalazł, kiedy ja sam byłem dla siebie stracony.

Zacząłem słuchać transmisji z Misji Odnowa i czytać Biblię – chłonąłem te wszystkie słowa jak człowiek, który całe życie chodził spragniony, a dopiero teraz odkrył źródło czystej, życiodajnej wody. W naszym domu zamieszkał pokój, którego nie znałem nigdy wcześniej.

Pragnienie picia… zniknęło bez śladu.

Jakby łańcuchy, które dźwigałem tyle lat, zostały rozbite jednym dotknięciem Tego, który kocha najmocniej wtedy, gdy my jesteśmy najsłabsi.

Dziś wiem, że Jezus nie tylko mnie uleczył. On mnie wskrzesił. Podniósł z grobu, który sam sobie wykopałem.

Jestem wolny. Jestem trzeźwy. Jestem ojcem, mężem, człowiekiem – po raz pierwszy naprawdę żywym!

Każdy dzień bez Boga jest dniem straconym. Każdy dzień z Nim – dowodem, że nie ma takiego bagna, z którego nie może cię wyciągnąć. A jeśli czytasz to dziś i myślisz, że dla ciebie już za późno… To chcę ci powiedzieć, wykrzyczeć całym sobą:

NIGDY nie jest za późno.

Nadzieja istnieje. Nadzieja żyje. A Ona ma imię – Jezus Chrystus. Uchwyć się tej nadziei, a zwyciężysz!