NIE CZEKAJ AŻ BĘDZIE ZA PÓŹNO – ŚWIADECTWO ZBYSZKA Z WISŁY

Dorastałem w domu, w którym alkohol miał więcej do powiedzenia niż miłość. Każda kłótnia, każda łza, każda cisza po awanturze zostawiała we mnie ślady, których nie rozumiałem, ale które bolały. Jako mały chłopiec ściskałem w sobie tę jedną obietnicę: „Ja nigdy nie będę taki. Nigdy nie dotknę tego, co zniszczyło mój dom." Dziś wiem, jak trudno jest uciec od ran, które nosi się w sercu.

Moim bezpiecznym miejscem była babcia – opowiadała mi biblijne historie. Nie rozumiałem ich wtedy. Brzmiały jak opowieści z innego świata. Ale to, co ona zasiewała we mnie – słowa o Bogu, o Jego czułej miłości – przetrwało. Choć gleba mojego serca była twarda, to ziarno nie umarło.

Marzyłem o czymś prostym. O cieple, o rozmowie przy stole, o uśmiechu mamy i taty. O słowach „Kocham cię, synu", których nigdy nie usłyszałem. Chciałem domu, w którym można spokojnie oddychać. Ale kiedy miałem 13 lat, rodzice się rozstali, a mama zabrała moją młodszą siostrę i odeszła. A mi została tylko tęsknota za tym, czego nigdy nie miałem, a czego potrzebowałem bardziej niż powietrza: za miłością.

Pierwszy raz spróbowałem alkoholu „dla zabawy", jak wielu. Ale dla mnie to była ucieczka, której nawet nie umiałem nazwać. Po jednym kieliszku znikały moje lęki, a ja wreszcie czułem się kimś. Alkohol obiecywał mi odwagę, pewność, spokój. Karmił mnie kłamstwem, którego tak bardzo pragnąłem. I im bardziej wierzyłem temu kłamstwu, tym głębiej upadałem.

Ożeniłem się. Urodziła mi się córka – maleńka, delikatna, bezbronna. Patrzyłem na nią i chciałem być dobrym ojcem. Chciałem, ale nie umiałem. Alkohol zaczął kierować moimi decyzjami. Na początku nie widziałem zagrożenia, myślałem, że wszyscy tak żyją.

Pójdź za Mną

Przyszedł jednak czas, gdy Bóg zaczął do mnie mówić. Wiedziałem, że żyję w rozdarciu. Jedna droga była szeroka i wygodna – alkohol, imprezy. Druga – ta, która prowadziła ku Bogu – wydawała mi się zbyt trudna, zbyt wymagająca dla kogoś takiego jak ja. A jednak przez trzy długie lata słyszałem w sercu cichy, delikatny szept: „Pójdź za Mną."

Bałem się. Bałem się, że nie dam rady. Bałem się, że nie jestem godny. A z drugiej strony głos jakby z otchłani: „Baw się, używaj życia, nie martw się o przyszłość."

Aż pewnego dnia, mając 23 lata, poszedłem z żoną na spotkanie dla osób uzależnionych i ich rodzin. Świadectwa tych ludzi poruszyły moje serce. Nagle przypomniałem sobie moje piękne marzenia z dzieciństwa o normalności. Słowo Boże, które miałem w sercu, ożyło. Przeraziłem się: „Co ja robię ze swoim życiem?" Patrzyłem na tych ludzi. Zniszczeni, skrzywdzeni, poranieni – a jednak w ich oczach było światło. Ciepłe, jasne, prawdziwe. Światło wolności. Ich życie promieniało radością.

Pomyślałem: „Jeśli Bóg mógł odmienić ich życie, to może i dla mnie jest nadzieja?"

Tej nocy, po powrocie do domu, zamknąłem drzwi pokoju i uklęknąłem. Nie znałem żadnych pięknych modlitw. Powiedziałem tylko to, co naprawdę czułem. Wołałem. Płakałem. Widziałem swoją brudną przeszłość, ale czułem też miłość Jezusa – łagodną, cierpliwą, większą niż mój wstyd.

On przyszedł.

Nie z wyrzutem. Nie z potępieniem. Przyszedł jak Ojciec, który tuli zagubione dziecko. Przebaczył mi. Podniósł. Dał mi pokój, którego nie potrafię opisać słowami.

Kiedy wstałem z kolan, wiedziałem, że jestem wolny. Nie dlatego, że ktoś mnie zmusił do zmiany, ale dlatego, że Bóg dotknął mojego serca. Zmienił moje pragnienia. To, bez czego nie wyobrażałem sobie dnia, przestało mieć nade mną władzę. Alkohol stracił swoją moc. Bóg dał mi nowe życie.

To był rok 1994. Przez pierwszych dziewięć pracowałem w tartaku z czterdziestoma pijącymi mężczyznami – i nigdy nie wróciła pokusa. Dlaczego?

Bo prawdziwa wolność płynie z serca przemienionego przez miłość. To nie jest siła człowieka. To jest dar.

Dziś mam rodzinę pełną ciepła. Żonę, która kocha i wspiera. Dwie wspaniałe córki. Dom, w którym jest śmiech, rozmowa, zapach obiadu i poczucie bezpieczeństwa. Mam wokół siebie wspaniałych ludzi z misji, którzy są jak bracia i siostry.

Mam życie, o którym kiedyś bałem się nawet marzyć.

Ale najważniejsze – mam Ojca. Ojca, którego brak tak bardzo bolał. Ojca, który nigdy się ode mnie nie odwrócił. Ojca, który czekał na mnie cierpliwie przez wszystkie lata mojego błądzenia.

Jego miłość jest moją siłą. Jego ramiona są moim schronieniem.

Czasem myślę, gdzie byłbym dzisiaj, gdybym tamtej nocy nie uklęknął i nie oddał swojego życia Jezusowi Chrystusowi – mojemu Panu i Zbawicielowi. Wiem, że ciemność zabrałaby mi marzenia, nadzieję i wszystko, co naprawdę cenne.

Znalazłeś mnie

A wtedy w moim sercu pojawia się tylko jedno zdanie: „Dziękuję Ci Panie, że znalazłeś mnie w mojej ciemności i uratowałeś moje życie."

To świadectwo jest po to, by powiedzieć Ci jedno:

Nadzieja istnieje. Jedna decyzja może zmienić twoje życie. Nie ma takiego życia, którego Bóg nie mógłby uzdrowić. Nie ma serca zbyt twardego, by nie mogło zakwitnąć. Nie ma przeszłości zbyt brudnej, by On nie mógł jej oczyścić.

Jeśli zastanawiasz się: Gdzie jest Bóg? Jak daleko On jest, czy On mnie widzi i słyszy? To chcę ci powiedzieć:

BÓG JEST NA ODLEGŁOŚĆ JEDNEJ SZCZEREJ MODLITWY